Dlaczego przedsiębiorstwa automatyzują produkcję spożywczą właśnie teraz

Firmy spożywcze automatyzują produkcję teraz, ponieważ ręczna praca stała się za droga, za wolna i zbyt niestabilna jakościowo, a jednocześnie maszyny przemysłowe wreszcie potrafią dorównać elastyczności człowieka przy krojeniu, myciu czy pakowaniu. To zbieg kilku procesów naraz. Brakuje rąk do pracy. Rosną koszty i wymagania sanitarne. Sieci handlowe oczekują stałej, powtarzalnej jakości każdej partii. W tym kontekście warto przyjrzeć się temu, co dziś dzieje się w zakładach różnej wielkości i dlaczego dostawcy sprzętu, tacy jak ukraińska firma STvega, coraz częściej działają nie jak sklep z maszynami, lecz jak partner technologiczny zakładu.

Kadra topnieje, a zamówienia rosną

Zacznijmy od tego, co producent czuje najmocniej. Ludzi do pracy fizycznej jest coraz mniej. Krojenie warzyw nożem, ręczne mycie korzeni, obieranie cebuli, formowanie kotletów przez całą zmianę to zajęcia, do których trudno kogokolwiek zatrzymać na dłużej. Rotacja bywa ogromna. Każdy nowy pracownik uczy się od zera, a jego tempo i dokładność są nieprzewidywalne.

Do tego dochodzi sezonowość. Gdy przychodzi szczyt, na przykład przetwórstwo warzyw jesienią albo skok zamówień przed świętami, brygada nie nadąża. Zamówienia trzeba oddać, więc zakład albo przepłaca za nadgodziny, albo traci klienta. Maszyna nie choruje i nie odchodzi w środku sezonu. Pracuje tym samym rytmem o ósmej rano i o dziesiątej wieczorem, dając dokładnie ten sam kostkę, słupek czy plaster.

Właśnie ta powtarzalność jest dziś argumentem numer jeden. Sieć handlowa, która przyjmuje sałatkę czy mrożonkę, nie chce loterii. Chce, żeby każda partia wyglądała identycznie. Człowiek się męczy i pod koniec zmiany kroi inaczej niż na początku. Linia utrzymuje parametr przez całą dobę.

Straty surowca i higiena, których nie widać w Excelu

Druga rzecz, którą producenci zaczęli liczyć poważniej, to straty. Przy ręcznej obróbce odpad potrafi być zaskakująco wysoki. Nierówne obieranie, zbyt gruba skórka schodząca razem z miąższem, potłuczone plastry, resztki na deskach. Kilka procent na każdej tonie warzyw czy mięsa to w skali roku pieniądze, które po prostu wyjeżdżają z zakładu na śmietnik.

Dobrze dobrana maszyna do krojenia czy obierania trzyma cięcie w zadanym wymiarze i schodzi tylko z tym, co ma zejść. Wydajność liczona w kilogramach na godzinę przestaje być abstrakcją, bo widać ją na wadze gotowego produktu. Do tego dochodzi higiena. Nowoczesny sprzęt ze stali nierdzewnej łatwo się myje, nie ma martwych stref, w których zbiera się brud, i spełnia wymagania kontroli sanitarnej. Ręczne stanowisko z drewnianą deską i kilkoma osobami wokół to znacznie więcej punktów, w których coś może pójść nie tak.

Kiedy właściciel zestawi to wszystko razem, koszt pracy, odpad, reklamacje jakościowe, ryzyko sanitarne, moment na modernizację robi się oczywisty. Nie chodzi już o to, czy automatyzować, tylko od którego etapu zacząć.

Od pojedynczej maszyny do linii pod klucz

Automatyzacja rzadko zaczyna się od całej hali. Zwykle producent wskazuje wąskie gardło. Może to być mycie korzeni, które spowalnia cały ciąg. Może krojenie, przy którym stoi pół brygady. Warto najpierw rozwiązać ten jeden etap, zobaczyć efekt na wydajności i dopiero potem iść dalej.

Tu pojawia się pytanie o dobór sprzętu. Maszyna do krojenia dla producenta sałatek to zupełnie inne urządzenie niż to dla zakładu mrożonek, choć obie tną warzywa. Liczy się rodzaj cięcia, kostka, słupek czy plaster, wydajność dopasowana do realnych objętości, materiał i możliwość adaptacji pod konkretny produkt. Dlatego rozsądny dostawca nie wrzuca do koszyka pierwszej pozycji z katalogu, tylko pyta o proces. Przegląd rozwiązań z kategorii maszyny do krojenia i siekania pokazuje, jak bardzo te urządzenia różnią się między sobą w zależności od zadania.

Gdy pojedyncze etapy już działają, wiele zakładów decyduje się na krok dalej, czyli kompletne linie produkcyjne. Linia do marchewki po koreańsku, zestawy do zup i barszczu, ciąg do czyszczenia cebuli. Takie rozwiązania łączą mycie, obieranie, krojenie, obróbkę i pakowanie w jeden strumień, w którym surowiec wchodzi z jednej strony, a gotowy półprodukt wychodzi z drugiej, prawie bez rąk pośrodku. Dla producenta, który skaluje biznes, to sposób na zwiększenie wolumenu bez proporcjonalnego rozrostu brygady.

Dlaczego producenci ufają STvega

STvega to ukraińska firma, która od 2011 roku dostarcza, sprzedaje i uruchamia przemysłowy sprzęt spożywczy. Automatyzuje przetwórstwo warzyw, owoców, mięsa i ryb, od pojedynczych maszyn modułowych po linie pod klucz. Ważne jest jednak nie to, że sprzedaje urządzenia, bo robi to wielu. Ważne jest, jak pracuje. Firma STvega występuje w roli partnera technologicznego zakładu, a nie zwykłego sklepu. Zamiast oferować gotowy model, dobiera rozwiązanie pod konkretny proces i dopracowuje maszynę pod zadania klienta. Inny typ cięcia, inna prędkość, dodatkowe moduły, osłony ochronne, bieg wsteczny, wyniesione panele sterowania, płynny rozruch. To rzeczy, które w codziennej pracy naprawdę ułatwiają życie operatorowi.

Osobny atut to showroom i magazyn w Kijowie. Klient może przetestować urządzenie na własnym produkcie jeszcze przed zakupem. Zobaczyć na miejscu prędkość pracy, jakość cięcia, skuteczność mycia czy pakowania. To poważna różnica względem kupowania w ciemno na podstawie zdjęcia w katalogu, bo maszyna, która świetnie radzi sobie z jednym surowcem, przy innym może zachować się zupełnie inaczej.

O skali zaufania mówi lista odbiorców. Wśród klientów i partnerów są zarówno niewielkie zakłady i gospodarstwa, jak i duzi ukraińscy producenci oraz sieci handlowe, między innymi MHP, Veres, OKKO, Silpo czy Sałtowski Kombinat Mięsny. Firma współpracuje z producentami wyrobów mięsnych, półproduktów, sałatek, mrożonych warzyw, konserw i dań gotowych. Do tego dochodzi to, o czym łatwo zapomnieć przy zakupie, czyli montaż, uruchomienie, szkolenie personelu, serwis, gwarancja oraz kontrola jakości sprzętu. Maszyna kupiona i zostawiona sama sobie szybko staje się problemem. Sprzęt z obsługą techniczną pracuje latami.

Kiedy inwestycja się zwraca

Naturalne pytanie każdego właściciela brzmi, po jakim czasie to się zwróci. Odpowiedź zależy od wolumenu, ale logika jest prosta. Im więcej ludzi wykonuje dziś powtarzalną pracę ręczną i im wyższy jest odpad, tym szybciej maszyna spłaca swoją cenę. Zakład, w którym przy krojeniu stoi kilka osób na dwie zmiany, odczuwa efekt niemal od razu. Mniejszy warsztat, który przerabia niewielkie partie, potrzebuje więcej czasu, ale zyskuje na jakości i stabilności, a to często decyduje o utrzymaniu kontraktu z siecią.

Modernizacja nie musi też oznaczać zatrzymania hali. Rozsądnie zaplanowane wdrożenie idzie etapami, tak by produkcja szła dalej, a nowe urządzenia wchodziły do ciągu stopniowo. Dlatego rozmowę najlepiej zacząć nie od wyboru modelu, lecz od analizy własnego procesu i wskazania miejsca, które najbardziej hamuje resztę.

Podsumowanie

Przedsiębiorstwa automatyzują produkcję spożywczą teraz, bo złożyło się na to kilka rzeczy naraz. Brak kadry, rosnące koszty, straty surowca, ostrzejsze wymagania sanitarne i presja sieci na powtarzalną jakość. Maszyna daje to, czego ręczna praca dziś nie gwarantuje, czyli stały rytm, przewidywalny wymiar cięcia i niższy odpad. Klucz leży w doborze sprzętu pod realny proces, a nie w kupowaniu pierwszej lepszej pozycji z katalogu. Jeśli myślisz o automatyzacji swojego zakładu, warto zacząć od konsultacji i doboru rozwiązania pod konkretne zadanie, najlepiej z możliwością sprawdzenia maszyny na własnym surowcu, zanim podejmiesz decyzję.

yellowdream

Mam na imię Arek. Jestem pasjonatem zdrowego trybu życia i rozrywki. Na co dzień zajmuje się tworzeniem materiałów video na różne tematy. Blog, który czytasz, powstał z myślą o osobach szukających praktycznych porad oraz inspiracji życiowych. Miłej lektury!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *